Forum Wyspa Khorinis Strona Główna
POMOC Rejestracja SzukajFAQ UżytkownicyGrupy Zaloguj
Avalon miasto światła

 
Odpowiedz do tematu    Forum Wyspa Khorinis Strona Główna » Nasza Twórczość Zobacz poprzedni temat
Zobacz następny temat
Avalon miasto światła
Autor Wiadomość
Hadriel
Nowy Użytkownik


Dołączył: 02 Lip 2010
Posty: 22

Post Avalon miasto światła Odpowiedz z cytatem
Ponieważ nie nie wszyscy już zaglądają na tamto forum zamieszczać twórczość będę też tutaj. Czytajcie więc i oceniajcie zgredki.

Miejmy nadzieje że Adminek nie pogniewa się jak wrzucę od razu wszystko ale w oddzielnych postach.

Avalon

Prolog

Wstał ładny dzień. Słońce wpadło do pokoju przed okno. Klujące promienie oświetliły całe pomieszczenie. Nie dawały spać. Mężczyzna z dość pokaźnym zarostem zasłonił ręką twarz by choć na chwilę otworzyć oczy.
- Cholerne słońce.
Powiedział z wyrzutem. Poderwał się z drewnianego łóżka. Rozejrzał się trochę jeszcze śpiący po całym pokoju. Wszystko było na swoim miejscu tak jak miało być. Wstał na równe nogi. Niechętnie podreptał do stołu w kuchni. Chwycił dzban z wodą w środku. Uchylił go by się napić. Ten gest podziałał na niego bardzo ożywczo.
- Nie ma to jak woda.
Powiedział do siebie. Uśmiech nakreślił jego twarz. Teraz był gotów do co tygodniowych spotkań z dziećmi na placu świątynni.
Wyszedł ze swojego domu. Zabezpieczył tylko dom przed ewentualnymi rabusiami. Straż wiele razy powtarzała że nie ma się czego obawiać ale on jakoś nie wierzył tym obibokom.
Szedł przed kolejny uliczki spotykając co jakiś czas znajomych i przyjaciół z dawnych lat.
- Witaj, Alkarimie.
Powiedział do przyjaciela. Ten od razu do niego podbiegł. Uścisnęli sobie dłoń a życzliwość i radość ze spotkania malowała się na ich twarzach.
- I jak twoje życie Mariku?
Zapytał jego przyjaciel. Długo się nie widzieli. MArik tylko pokręcił głową.
- A dobrze. A jak twoje interesy?
Zapytał Marik. Alkarim był kupcem stąd też pytanie. Podobno był najlepszy ale plotki zazwyczaj szkodzą a nie pomagają.
- Wyśmienicie. Nasz nowy król dobrze nami rządzi. Avalon chyba rozkwita.
Powiedział z zadowoleniem. Marik tylko się zaśmiał. Poklepał po ramieniu przyjaciela i dał do wiadomości że musi już iść. Alkarim tylko skinął głową.
Szedł dalej aż w końcu wyszedł z terenu bazaru. Przed nim stała świątynia. Wejście było iście monumentalne. Zawsze gdy tu wchodził czuł wielki respekt dla tych którzy wybudowali ten budynek.
Wszedł do schodach. Już minął bramę. Od razu powitały go przyjazne spojrzenia dzieci które już na niego czekały.
- Wujek Marik!
Krzyknęły i wszystkie zbiegły się wokół swojego "wujka". Marik tylko się zaśmiał i o mało się nie wywrócił pod naporem maluchów.
- Witam dzieci. Chcecie dziś jakąś opowieść?
Zapytał zadziornie. Wiedział że jak tylko zasiądzie na ławce by im opowiadać to co dziś sobie zaplanował nie dadzą mu spokoju.
- Pewnie! Tak wujku!
Krzyczały zadowolone. Marik tylko się uśmiechnął i zaczął iść do swojego stało miejsca skąd opowiadał niesłychane historie.
Gdy usiadł dzieci zrobiły krąg przed nim. Było ich dość sporo, 20 jak nie mnie.
- Dzieci dziś opowiem wam historię która jest prawdziwa w każdym calu. Nie jest to legenda. Opowiem wam historię naszego króla.
Powiedział po chwili. Dzieci westchnęły z zachwytem.
- Naszego króla Jaspera?
Zapytało jedno z zebranych.
- Tak. Lecz kiedyś nie nazywał się Jasper. To my tak go ochrzciliśmy.
Kiedyś nosił imię...
Już miał dokańczać gdy ktoś był szybszy.
- Casper
Powiedział kobiecy głos. Marik spojrzał w jej stronę. Uśmiechnął się. Dzieci również się zdziwiły że ktoś tu wszedł. Wstał z miejsca by powitać swoją dawną znajomą uściskiem.
- Lea...dobrze cię znów zobaczyć.
Powiedział szybko i zasiadł na dawnym miejscu.
- Dzieci może nasz gość posłucha z nami? Co wy na to?
Zapytał wszystkich zgromadzonych.
Dzieci chóralnie podniosły zadowolenie. Nie miały nic przeciwko. Kobieta siadła na końcu przypatrując się dzieciom i Marikowi.
- Tak więc dzisiejsza opowieść będzie o księciu Casperze.
Powiedział. Milczenie dzieci potwierdzało to że już słuchały.
- Wszystko zaczyna się dawno temu bo jakieś 20 lat temu. Na daleko położonych wydmach...
Marik zaczął mówić. Już wpadł w trans to było widać a Lea tylko się śmiała w duchu. Kto by pomyślał że jest taki dobry. Spojrzała na pałac nad dzielnicą handlową. Uśmiechnęła się gdy ujrzała w oknie zarys postaci króla. Powróciły dawne wspomnienia. Jednak potem zaczęła znów słuchać Marika. Bowiem historia była, jest i będzie pociągająca a ta dopiero się zaczynała.

Koniec prologu.
Pią Lip 02, 2010 09:35 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Reklama







Pią Lip 02, 2010 09:35
Hadriel
Nowy Użytkownik


Dołączył: 02 Lip 2010
Posty: 22

Post Odpowiedz z cytatem
Aha wcześniej nie prosiłem nie łączcie postów dobra.

Avalon

Rozdział 1 "WSZYSTKO SIĘ ZACZYNA"

Tego dnia słońce prażyło dość mocno. Było z 30 stopni jak nie mniej. Wydmy jakby odlane z płynnego złota rozciągały się hen za horyzont tworząc stały i niezmienny krajobraz pustynni. Nie przyjazna dla nierozważnych podróżnych stanowiła dość poważną przeszkodę. Brak wody i jedzenia z czasem stawał się udręką dla najwytrwalszych.
Piaskowi czasami ustępowały małe potoki i jeziorka które dawały możliwość rozwoju. Ludzie tworzyli oazy. Niekiedy były one zbawienne po długich podróżach. Dawały chwilkę wytchnienia. Jednak czasami stawały się obiektami najazdów rabusiów i nie tylko. Pustynia miała też swoje ciemne oblicze o wiele gorsze niż prażące słońce i brak wody. Chodziło o liczne potwory. Różnego rodzaju robaki, i inne zapomniane już ludy pustyni.
Nieodzowną rzeczą pustynni były również grobowce. Pełno ich było na całej pustynni, czasami stawały się obiektami grabieży ale i dawały schronienie bo wilgotne powietrze dawało chwilkę wytchnienia przed promieniami słońca. Jednak nie były on też takie puste i niezamieszkane. Często właśnie tam mieszkały zapomniane ludy bądź co gorsza nieumarli którzy jakimiś sztuczkami zostawali tam przywoływani.
Jeden z nich był wyjątkowo stary, widać było że kamienie tworzące całą strukturę po woli się już kruszyły. Roślinność porosła już znaczącą część wszystkich korytarzy podziemnych ruin. Ciemność zasnuwała wszystkie możliwe pomieszczenia. To był jeszcze jeden minus podziemnych eskapad. Całkowity brak widoczności.
Jednak, ktoś już tam był. Widać było że małe zielone światło dawało słaby ale wystarczający blask by widzieć co było przed użytkownikiem. Osoba była ubrana w poszarpaną koszulkę koloru piasku spodnie też były poszarpane przy nogawkach i były tego samego koloru. W okół szyi miał wąską niebieską szarfę. U boku widniał przypięty sejmiter. Mężczyzna biegł jakby gonił go sam diabeł. Choć właściwie to gonił go piękny zamiennik na to określenie. Mianowicie cała amia szkieletów.
- Biegnij matole!
Krzyczał współtowarzysz. Ten był ubrany w białą szatę z kapturem rozciętą na środku. Była zapinana od góry do pasa. Na około pasa miał czerwoną szarfę. Na przed ramieniu miał karwasz a przy pasie zwykły długi miecz jednoręczny.
Biegł za swoim przyjacielem jak oszalały.
- Do przodu, szybciej!
Dodał biegnąc za swoim towarzyszem. Za nim biegła cała armia trzeszczących ze starości kości. Były wolniejsze od podróżników jednak było ich tak dużo że nie mieściły się w załamaniach korytarzy.
- Ej widzę wyjście.
Zaalarmował pierwszy z nich. Była to największa prawda. Światło wpadające do podziemi wskazywało na wyjście.
- Szybko, są coraz bliżej.
Rzucił odziany w biały płaszcz podróżnik.
Pierwszy z nich już widział wyjście postawił właśnie nogę na pierwszym stopniu wyjście i obejrzał się za przyjacielem. Ten biegł gdy nagle się potknął i wywrócił. Spojrzał za siebie. Przerażenie mieszało się z bardzo silnym głosem w środku. Mówił "podnoś tyłek i spadaj stąd".
- Szlag!
Rzucił pierwszy i podbiegł do przyjaciela by mu pomóc wstać. Szybko biegł by mu pomóc ale obawiał się że nie zdąży. Pierwsza grupa szkieletów dopadła go szybciej.
- Marik!
Krzyknął i zaczął biec szybciej. Ten szybko dobył miecza. Leżał nadal ale próbował wstać. Jednak dwa szkielety go przygwoździły ciosami swoich zardzewiałych oręży.
Marik genialnie zablokował ciosy ale został przyciśnięty ich siłą. Trzy następne już miały zadawać ciosy gdy do akcji wszedł przyjaciel Marika i zablokował ciosy pieszego z trzech szkieletów. Drugiego potraktował cięciem w kręgosłup na odcinku szyjnym co spowodowało odcięcie mu głowy która poturlała się w ciemny obszar korytarza. Trzeci zdarzył wyjąc ostrze i nawet wykonał cięcie płaskie w okolicę podbrzusza. Jednak tutaj zadziałał Marik który jakoś wyrwał się z uścisku ciosów dwóch szkieletów i zablokował cios szkieleta który dybał na życie jego kolegi. Następnie kopnął go butem tak że przeciwnik wpadł na pozostałe dwa.
Marik tylko się uśmiechnął.
- Wiejemy, wiem że jest fajnie ale chodź.
Rzucił do niego piaskowo ubrany towarzysz. Oboje jak najszybciej wyszli z wnętrza grobowca. Mieli szczęście bo światło dnia okazało się bariera nie do przejścia dla podłych kreatur.
Obaj bardzo szybko oddychali. Łapali powietrze jakby zawsze go brakowało.
- Marik, masz to?
Zapytał go przyjaciel.
- Casper...bardziej interesowało mnie ratowanie życia niż jakieś klejnoty...
Powiedział z wyrzutem do przyjaciela. Bardziej obchodzi go jakiś klejnot niż przyjaciel.
- Oj nie obrażaj się. le przyznać trzeba było ciekawie.
Powiedział zadowolony i głupkowato się uśmiechnął. Marik miał inne zdanie na ten temat.
- Taki dorosły a nie poważny. Mówiłem żebyś nie dotykał tej dźwigni.
Obruszył się Marik. Spojrzał na swojego towarzysza który zrobił niewinną minę.
- To nie moja wina. Myślałem że ona otwiera wrota do wyjścia.
Wytłumaczył się niezbyt błyskotliwie. Marik tyko westchnął.
- Casper kiedyś mnie wpędzisz w takie tarapaty że nie ujdziemy żywi.
Powiedział do przyjaciela, Potem tylko się zaśmiał i walnął głową o piasek. Casper również się zaśmiał.
Leżeli tak jakąś chwilkę. Potem się podniośli. Musieli dojść do jakiegoś źródła, rozbić obóz i nacieszyć oczy tym co zdołali zabrać z grobowca. Trochę tego mieli prócz klejnotu którego nie udało im się zabrać.
- Musimy kierować się na północ.
Powiedział Casper. Marik zrobił zdziwioną minę i spojrzał na kompana.
- Od kiedy to wiesz gdzie iść?
Zapytał. Casper zrobił obrażoną minę.
- Tam jeszcze nie byliśmy więc chodźmy tam.
Zaproponował. Marik tylko się zaśmiał. Casper nic na to nie powiedział. Obaj poszli uczynni w stronę północną. Ciekawe czy znajdą tam jakieś źródło czy coś takiego.

Koniec rozdziału 1
Pią Lip 02, 2010 09:36 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Hadriel
Nowy Użytkownik


Dołączył: 02 Lip 2010
Posty: 22

Post Odpowiedz z cytatem
Avalon

Rozdział 2 "SPOTKANIE"

I znów pustynia. Wielka i nieprzyjazna. Pech chciał że było akurat południe czyli pora kiedy akurat było trudno o wodę czy nawet skrawek cienia wydarty pustynni.
Casper i Marik szli niestrudzeni choć szczerze mówiąc już siły ich powoli opuszczały.
- Masz trochę wody?
Zapytał Casper przyjaciela. Marik szedł tylko do przodu. Odwrócił się w stronę przyjaciela. Wymowne spojrzenie mówiło wszystko. Brak wody...jedzenia też. Pięknie lepiej być nie mogło. Musieli czym prędzej znaleźć jakieś źródło.
Casper tylko westchnął i poprawił swój sejmiter. Szedł dalej za Marikiem. Wiadomo że z nim raczej nie da się zginąć. Marik był dobry w survivalu.
Przeszli już wiele wydm i naznaczyli piasek już niezliczonymi krokami żeby w końcu przed nimi ukazało się małe źródło. Życiodajny płyn, czasem droższy od samego złota szybko spowodowałby że ich witalne siły znów by powróciły. Jak opętani rzucili się w stronę źródła.
- Widzisz...woda.
Rzucił Casper wystrzelił do przodu zanim jego przyjaciel się zorientował. Jednak coś tu nie grało. Powinni być tu jacyś ludzie, nie ma nikogo.
- Ej Casper, poczekaj. Na Ratardama nie tak szybko.
Rzucił do niego ubrany w białą szatę przyjaciel. Ten jednak nie miał zamiaru zwolnić.
Doszedł do źródła. Szybko spróbował wody. Była wyśmienita. Czuł się tak jak nigdy wcześniej w swoim całym życiu. Zagarniał rekami wodę by ją popijać. Gdy nagle się zatrzymał. Pewnie pił by ją dalej gdyby nie to że przy jego czole znalazła się strzelba kogoś kogo właściwie nigdy nie widział w życiu.
- Podoba ci się nasze źródełko?
Zapytał Caspra rosły nieznajomy. Marik szybko się zatrzymał a fakt że był trochę za swoim przyjacielem dał mu możliwość schowania się za rosnącą niedaleko palmą. Spojrzał na górę. Drzewo było wytrzymałe. Wspiął się po nim dość sprawnie. Obserwował wszystko co się dzieje.
- Ładnie.
Tylko powiedział w myślach. Casper był właściwie okrążony przez 8 drabów. Szybko dało się zobaczyć że wszyscy byli uzbrojeni. Przynajmniej dwóch miało strzelby ale na pewno wszyscy mieli przy sobie jakiś oręż. Dwu czy jednoręczny. Były to młotki, miecze i topory wszelkiej maści. Oj ciężko będzie.
- Otwarta walka nie wchodzi w grę. Trzeba będzie poczekać.
Pomyślał i potem zerknął na swój karwasz. Dawno go nie używał. Ciekawe czy jeszcze by umiał. Ale nawet jeśli było ich aż 8 a on jeden. Pewnie zabiłby tym urządzeniem jednego maksymalnie dwóch a cała szóstka by go rozpłatała a Casper...oj lepiej nie myśleć co by z nim zrobili. Jednak trzeba było coś zrobić. Zamknął oczy by chwilkę pomyśleć.
- Dobra zabierajcie go. Lazer z przyjemnością go zobaczy. Widać że dziś Setuel nam sprzyja.
Powiedział jeden z nich. Chyba był hersztem tej grupy.
- Jasne szefie.
Odparł drugi po jego prawej. Chwycił Caspra za ramię. Młodziak jednak się wyrwał i go popchnął. Herszt nie był tym zadowolony i walnął go kolbą strzelby w twarz. Casper odleciał troszkę upadając na piasek. Mętnym spojrzeniem spostrzegł tylko że na drzewie ktoś siedzi. Marik? Pomyślał sobie ale chyba miał zwidy.
- Chłopcze umiem bić mocniej. Rusz się albo nie poprzestanę na tym.
Powiedział i wycelował w Caspra z broni.
- Wy bękarty...
Wycedził i potrząsnął głową by zniknęły mary przed jego oczami. Walnął rzeczywiście mocno.
Grupka bandytów się zaśmiała. Tylko brak rozkazu uchronił twarz Caspra od buta jednego z nich.
- Wstawaj nie powtórzę trzeci raz!
Niemal krzyknął herszt. Marik przegryzł wargi. Dobra wóz albo przewóz.
- Przynajmniej się zabawie.
Pomyślał sobie uśmiechając się. Przygotował się do skoku na zbira który wcześniej już podchodził do Caspra.
- Mam cię.
Pomyślał sobie i zeskoczył na biedaka. Przygwoździł go ciężarem swojego ciała i ostrzem wysuniętym z wewnętrznej części karwasza przebił skroń bandziora. Reszta od razu się cofnęła i herszt tylko zasyczał.
- Ty sukinsynie!
Rzucił w stronę Marika. Rozejrzał się na oszołomionych kolegów.
- Brać go. Na co się gapicie tępaki.
Rzucił doprowadzony do złości zagraniem Marika. Przyjaciel Caspra chwycił szybko ciało zabitego bandziora i rzucił nim w resztę. Dużo tym nie zdziała bo przewrócił tylko dwóch. Reszta ominęła ciało i ruszyła z młotkami, mieczami i toporami na Marika. Ten nie był dłużny. również wyjął swoją broń. Długi jednoręczny miecz z dziwnymi insygniami na klindze. Zablokował pięknie dwa pierwsze ciosy. Trzeci skontrował wybijając butem młotek z ręki napastnika. Rozbrojony przeciwnik spotkał się z pięścią Marika. Padł na ziemię. Szybko zrobił obrót i przeniósł obecnie wzrok na trójkę która biegła na niego. Zablokował pierwszy cios. Sam zrobił płaskie cięcie w ramię jednego z trójki. Trafił perfekcyjnie co widać było po reakcji zbira który złapał się za broczące krwią ramię. Następna dwójka już miała atakować gdy nagle za plecami Marika ktoś go uderzył w głowę. Na szczęście tylko pięścią. Strach pomyśleć co by było gdyby to był młotek albo gorzej.
Lekko ogłuszony padł na piasek. Chciał się podnieść ale nie zdołał. Jego miecz został wybity mu z ręki kopnięciem.
- Zabije cię szczurze. Wypruje flaki.
Rzucił do niego jeden z bandy. Herszt stał w najlepsze i tylko się cieszył z całego przedstawienia.
Marik był w nie lada tarapatach. Ale chociaż się zabawił i użył swojego ostrza. Warto było. Uśmiechnął się.
- Z czego się śmiejesz. Tak cię to bawi. Ciekawe jak będziesz się bawił jak robaki cię będą żarły.
Rzucił ze złością zbir który dostał wcześniej w ramię. Krew nadal leciała z rany ale satysfakcja zabicia gnojka który to zrobił była większa.
- Panowie, zaraz będzie jednego szczura mniej.
Powiedział i wycelował strzelbą w twarz Marika. Jednak nie zdążył jej odpalić. On i jego kolega po prawej padli jak szmaciane lalki od kul.
- Co, kto się ośmielił?
Zapytał kolega po lewej ale pytanie samo znalazło odpowiedź. Kula w jego głowie była wystarczająca odpowiedzią. To samo spotkało tez jego kumpla. Obaj osunęli się na ziemię tak szybko że herszt miał problemy z reakcją.
- Wiedziałem że kiedyś ich użyjesz.
Powiedział zadowolony Marik i wyszczerzył zęby w stronę herszta. W rekach Caspra znalazły się dwa pistolety. Chyba były to jakieś lepsze wersje. Każdy z nich miał po dwa wyloty. Razem dawał aż cztery wystrzały. To bardzo pomagało w walce a Casper był dobrym strzelcem. Właściwie po wymyśleniu broni palnej łuki, kusze i wszelkie inne bronie miotane odchodziły w zapomnienie. Jednak i je się czasem używało.
- Co teraz herszciku. Jest as tylko trzech.
Powiedział Casper stając już na nogach. Przeładował jeden z pistoletów kulami z pojemnika który miał na plecach. Drugi był już w trakcie.
- Dzieciaku...dobry jesteś...
Z niechęcią ale herszt musiał to przyznać. Sam podniósł swoją strzelbę i wycelował w Caspra.
Marik tylko się uśmiechał. Zaczął okrążać trójkę bandziorów z lewej strony. Herszt i Casper mierzyli się wzrokami a Marik miał ubaw z dwójką pozostałych przy życiu pomocników.
- Przyłącz się.
Rzucił herszt do Caspra. Młodzieniec niemal nie zaczął się śmiać.
- Jesteś śmieszny. Zabije cię i wezmę sobie twoją strzelbę. Podoba mi się.
Powiedział zadowolony. Marik w tym czasie juz zabił jednego z pomocników przy pomocy ostrza w karwaszu. Zadał nim cios w oko przeciwnika a potem poderżnął nim szyję. Drugi na ten widok zaczął uciekać najdalej jak tylko mógł.
Herszt został sam. Miał nie łatwe położenie. Od przodu jakiś młokos w dodatku dobry strzelec a za plecami miał narwanego skrytobójce. Piękna sytuacja.
- To jak herszcie. Może mi chociaż imię zdradzisz przed śmiercią.
Powiedział do niego Casper. Herszt się uśmiechnął. Czuć było śmierć w powietrzu.
Widać było ptaki. Padlina już je tu zwabiła.
- Nazywają mnie Reto.
Odparł nie spuszczając wzroku z wroga. Casper się uśmiechnął.
- Miło mi poznać imię wroga. Jestem Casper a to Marik.
Powiedział i przedstawił tez swoje przyjaciela. Reto tylko otworzył usta. Casper parsknął śmiechem. Wyglądało to komicznie.
- Co ty robisz?
Zapytał rozbawiony. Herszt się zaśmiał.
- To ty nic nie wiesz co?
Zapytał go rozbawiony. Teraz role się odwróciły. To Casper był bardzo zdziwiony tym co się dzieje. Czego on miałby nie wiedzieć. Coś jest tu nie tak.
- Ty serio nic nie wiesz? Co za niefart.
Powiedział w stronę swojego przeciwnika. Herszt był bardzo rozbawiony. Az opuścił broń ze śmiechu.
Casper zaczynał być wkurzony tym a Marik zupełnie się w tym gubił.
- Powiesz mi w końcu o co chodzi?
Zapytał podenerwowany Casper. Reto się zaśmiał ale nie odpowiedział. Wycelował tylko w przeciwnika.
- Lepiej się dowiedz bo Avalon upadnie.
Na jego ustach zagościł uśmiech szaleńcy. Chciał pociągnąć za spust ale nie zdążył. Palec Caspra był szybszy. Kula trafiła w serce nie dając szansy na przeżycie. Reto padł od razu na piasek. Czerwona prawie szkarłatna w promieniach słońca maź równomiernie pokryła piasek wokół ciała herszta.
Casper spojrzał w niebo. Tak, wrony i sępy będą miały ucztę. Podszedł tylko do ciała Reto i zabrał mu jego strzelbę. Zarzucił ją przez ramię. Potem spojrzał na Marika. Nie miał chyba humoru do rozmowy.
Odwrócił wzrok. Wziął tylko wszystkie możliwe bukłaki i napełnił je wodą. Zrobił to w milczeniu. Marik przeszukiwał jeszcze ciało Reto by zobaczyć czy ma tu jakieś poszlaki. Jednak nic nie znalazł. Wstał i podszedł do Caspra.
- Mariku, nie chce o tym rozmawiać. Chodźmy nie długo zapadnie noc trzeba przygotować wszystko do obozu.
Powiedział smętnym i poważnym głosem. Marik nawet nie zdążył otworzyć ust. Zabrał się za sprzątanie ciał i przykrywania krwi świeżym piaskiem. Casper zaś poszedł po jakieś drewno. Palmy chciał nie ruszać właściwe dzięki niej Marik go ocalił. Trzeba było przyznać że jego trik z tym nożem w karwaszu mu się spodobał. Poszedł szukać więc gdzieś indziej. Jednak nie mógł się pozbyć słów herszta.
"Lepiej się dowiedz bo Avalon upadnie" tylko to mu dzwięczyło w głowie. Co on ma wspólnego z Avalonem i co ma ratować. Nic z tego nie rozumiał.

Koniec rozdziału 2.

Avalon - w mojej opowieści tajemnicze mistyczne miasto światła. Legenda głosi że Ratardam stworzył to miasto dla swoich aniołów by potem je zniszczyć po krwawej i nieudanej rewolcie swoich dzieci przeciwko niemu. Nowy Avalon wzniósł dawno temu Derek I. Jego dynastia nieprzerwanie królowała w Avalonie do czasu głodu który zdziesiątkował to miasto. Potem głód przeminął i na tron zasiadł król Gawrych ale miasto długo lizało rany i nigdy nie wróciło do swojej poprzedniej świetności. Obecnie jest cieniem swojej dawnej chwały. Króluje w niej Saladyn VI wuj Caspra (Jaspera I).

Ratardam - u mnie robi za boga słońca i ogólnie boga dobra. Na ziemi jego manifestacją jest słońce i ogień. Ratardam dawno temu wraz ze swoim bratem Senuelem władał ziemią. Podzielili ją na dwie półkule na każdej był inny klimat, pora dnia słowem wszystko się różniło. Gdy Ratardam stworzył anioły i zasiedlił nimi swoje miasta zapoczątkował falę nieszczęść. Zazdrosny brat zdeprawował anioły a te powstały przeciwko swojemu stwórcy. Za ten czyn anioły zostały zgładzone i większość zamieszkuje teraz podziemia. Tam też żyje Senuel który został przegnany z ziemi. Ratardam sam opuścił ten świat i poprosił Myzlefa by ten zasiedlił go ludźmi.

Senuel - przeciwieństwo swojego brata Ratardama. Lubi się w mroku, zniszczeniu i strachu. Odpowiada za zdeprawowanie 33 legionów aniołów które obecnie mu służą. Ma wielu wyznawców wśród ludzi. Za wszelką cenę chce zniszczyć swojego brata (jednak ich relacje są na takim stopniu jak Hadesa i Zeusa w mitologii greckiej) i zniewolić ludzi.

Myzlef - duch stwórca, legendy głoszą że na prośbę boga słońca stworzył ludzi którzy masowo zasiedlili ziemię. Myzlef też początkowo się nimi opiekował czego później zaniechał. Bajki opowiadają tez o tym że Myzlef dzierży w dłoniach klucz do zniszczenia ziemi. Bowiem nie może on mówić. Gdyby mu na to pozwolić zniszczył by posady świata które zapadłyby się w gorące jądro planety.
Pią Lip 02, 2010 09:37 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Hadriel
Nowy Użytkownik


Dołączył: 02 Lip 2010
Posty: 22

Post Odpowiedz z cytatem
Avalon

Rozdział 3 "BOCHENEK CHLEBA"

Eto biegł jak opętany. Co jakiś czas zerkał za siebie czy nikt go już nie goni. Jednak jakoś nie miał szczęścia. Odziani w kolczugi i ubrania z wyhaftowanym herbem Avalonu rycerze biegli za nim.
- Tam jest.
Krzyczeli co jakiś czas. Wyglądali na niezmordowanych, Eto nie miał szczęścia. Pomyśleć że chciał tylko ukraść troszkę jedzenia dla rodziny. Chciał wspomóc chorego ojca i głodną siostrę. Kurczowo trzymał bochenek chleba w rekach jakby był zrobiony z czystego bursztynu.
Szukał kolejnych uliczek. Jednak nie było to łatwe. Infrastruktura miasta była słabo rozwinięta toteż nie było za bardzo jak uciekać.
Zerknął jeszcze raz za siebie a potem skręcił w prawo. Za zakrętem na kogoś wpadł.
Upadł trzymając bochenek, nawet nie przepraszał za to co zrobił. Zerknął tylko na osobę na którą wpadł.
Była to już osobą lekko po 40 roku życia jednak widać było że ma jeszcze trochę młodzieńczej energii. Jego ręce zdobiły liczne pierścienie a na głowie miał turban o pomarańczowym kolorze. Najprawdopodobniej był kupcem.
- Uważaj mały.
Powiedział do chłopca tubalnym głosem. Chłopak tylko złapał pewniej chleb i ominął nieznajomego. Biegł dalej. W tym momencie zza rogu wyszli żołnierze.
- Z drogi!
Krzyknął pierwszy i odepchnął kupca który runął na wiklinowe koszyki.
Był całkowicie oburzony tym co się stało. Ale nie mógł winić nikogo. Takich sytuacji było sporo ostatnimi czasy w mieście. Kradzieże, morderstwa i inne przerażające wypadki szerzyły się jak zaraza.
Jak to powiedział jeden z pisarzy "Avalon powitał nas całkowicie ograbiony ze światła. Pokrył się gnuśnością i pychom.". Cóż był odważny nawet przez chwilę ktoś go słuchał gdy potem po prostu go zabito na placu gdzie wygłaszał swoje mądrości. Przerażające. Kupiec się wzdrygnął na to wspomnienie. Pamiętał że przecież trochę krwi siknęło nawet na jego towary. Musiał potem je czyścić. Cholerni żołnierze, cholerne prawo i przeklęty król. Oby wszyscy zdechli.
Gdy się podniósł i otrzepał zarzucił tylko na siebie torbę. Zerknął tylko czy nic się nie uszkodziło. Odetchnął z ulgą. Owoce nie były poobijane. Klient przynajmniej nie będzie na to zrzędził.
Szedł uliczką. Przebiegający chłopiec został w jego pamięci jednak nie był jego najważniejszym zmartwieniem. Ważniejszy był on sam. Nie był samolubny ale musiał zadbać tez o siebie.
Wyszedł z uliczki po czym rozejrzał się na prawo a potem na lewo. Nikogo nie było. Uliczki świeciły pustkami od czasu gdy rygory obecnego króla weszły w życie. Zakaz kręcenia się uliczkami nocą, kara śmierci dla złodziei i im podobnym oraz masa tych i i owych praw skutecznie zamykały ludziom usta. Ci którzy się sprzeciwiali najczęściej kończyli na szubienicy, choć ostatnio największa rozrywką armii było rozstrzelanie publiczne. Nawet czasem całych rodzin. Miało to służyć wykrzywieniu "złych intencji" wobec władzy.
Kupiec doszedł do swojego celu. Zapukał kilka razy.
- Słucham.
Odpowiedział starczy głos.
- Przyniosłem owoce.
Odparł kupiec. Drzwi od razu stanęły otworem. Powitał go siwy już staruszek.
- Proszę wejść, śmiało, śmiało.
Ponaglał kupca starzec. Był rozpromieniony. Owoce były tu właściwie drugim co do trudności nabycia towarem jeśli chodzi o żywność.
- Alkarimie, przyjacielu nigdy nas nie zostawisz.
Wypowiedziała słowa kobieta stojąca przy wiklinowym koszu.
- Jak mam ci się odpłacić?
Dodała z uśmiechem. Cóż w obecnych czasach ludzie typu Alkarima byli na wagę złota.
- Dajcie spokój. Nie chce niczego. Macie mi tylko obiecać żeby się nie marnowały.
Powiedział do kobiety rozpromieniony kupiec. Starszy mężczyzna podszedł do kupca i dał mu do ręki trochę złota.
- No co ty....to zabronione...
Powiedział lekko zaskoczony ale i rozzłoszczony "darem" dziadka.
- Alkarim nawet ty nie pracujesz za darmo.
Powiedział do niego i zrobił poważną minę.
- Ale złoto...powieszą mnie jak to znajdą.
Wydukał z niemałym ciężarem na gardle. Potem odłożył złoto na stół.
- Nie mogę przyjąć. Macie coś innego?
Zapytał lekko już uspokojony. Kobieta i jej mąż rozłożyli ręce. To było wystarczające. Nic nie mieli. Alkarim opuścił głowę. Złoto albo nic. Gdyby nie te cholerne czasy przyjął by złoto jednak ryzykować życie za kilka monet. Nie stanowczo nie!
- Przykro mi muszę już iść. Trzymajcie się. Leki spróbuje dostarczyć za kilka dni.
Odparł ostatecznie i chciał już opuścić dom. Staruszek tylko podszedł do niego klepnął go w ramię na powitanie i puścił w jego stronę zrozumiałe spojrzenie. Alkarim poszedł już w swoją stronę. Zbliżał się wieczór a to nie dobrze.
Wracał rynkiem bo miał najbliżej. Jednak nie lubił nim wracać. Zbyt często patrzał tu na śmierć. Mogliby wszędzie już zabijać ale akurat tutaj. Na rynku? Pewnie robili to po to by obrzydzić już i tak do kitu życie mieszkańców Avalonu. Przebijał się przez nie mały tłum ludzi. Powietrze nie mogło się uwolnić od szeptów, dyskusji i dziwnych westchnień. Jednak jedna kwestia której wcześniej jakoś nie usłyszał go zaciekawiła.
Był to marsz żołnierskich butów. Potem doszły tez rozkazy.
- Tutaj, postawić ich pod ścianą.
Powiedział odziany w kolczugę wojak. Miał dodatkowo napierśnik i złote akcenty na zbroi. To chyba kapitan a może tylko jakiś przydupas kapitana. Obecnie było to mało ważne.
Regiment strzelców prowadził przed sobą trójkę ludzi. Ustawił ich pod ścianą twarzą do tłumu. głowy mieli spuszczone.
Alkarim próbował podejść bliżej. Gdy mu się to udało żałował swojej ciekawości i tego że tu był. Jedną z osób rozpoznał. Był to chłopak który dziś wpadł na niego z bochenkiem. Zaklął w myślach. Rozejrzał się po całym tłumie. Jego bezsilność sięgnęła zenitu. Był bezradny. Nic nie mógł zrobić by zapobiec tragedii która za chwilkę się rozegra.
Strzelcy ustawili się przed chłopcem i jego rodziną, wszyscy byli skrępowani. Przed szereg wyszedł przywódca całej grupy. Rozwinął misternie powyginany pergamin. Następnie wziął się za czytanie.
- Zakarze za kradzież twojego syna i konszachty z wrogami Miasta Światła ty i twój syn zostajecie skazani na śmierć przez rozstrzelanie.
Powiedział donośnym głosem tak by wszyscy usłyszeli. To już nawet nie powodowało strachu, przynajmniej nie na początku. Jednak smutek był już wyczuwalny.
Alkarim zaczął gorączkowo myśleć. Bardzo chciał pomóc ale nie miał nic co miałoby pomóc. Nerwowo sięgnął do kieszeni. To co w nich wymacał przyśpieszyło mu tylko puls. Było okrągłe na jednej powierzchni miało wybity dziwny kształt przypominający literę "A". Wyciągnął jedną. Skrzywił się. To była moneta. Złota moneta. W kieszeni była nie tylko jedna. Ale skąd...ooo to pewnie ten starzec. Chyba go pogrzebię żywcem. Naglę w głowię kupca zagościł niebezpieczny pomysł. złoto było zabronione ale nie znaczyło to że nie było bez wartości.
Chwycił całą garść monet i czekał.
Strzelcy z tym samym czasie przygotowywali się do oddania strzału. Ładowali swoje strzelby następnie zaczęli celować.
Kapitan spojrzał na trójkę skazańców.
- Obyście odeszli do nieba.
Powiedział i podniósł rękę. Alkarim wyrzucił kilka złotych monet pod nogi strzelców. Blask zachodzącego słońca oślepił jednego z gapiów.
- Patrzcie złoto!
Wykrzyczał i jakby w transie rzucił się na złote monety. Reszta rozglądała się na około. "Gdzie" pytali tłumnie. Ich rozbiegane oczy były pełne szaleństwa i obłędu. złoto to jednak niebezpieczna broń.
Część strzelców się wywróciła. Tylko dwójka stała nadal na nogach. Kapitan zdezorientowany tym co się tu stało przez chwilkę wodził oczami po swoich gwardzistach.
- Szybko obiboki. Rozdzielić ich. Natychmiast.
Wydał rozkaz. Gdy oni zajmowali się pogrążonym w amoku tłumie kapitan oddziału podszedł do trójki. Wyciągnął sztylet.
- Miało być rozstrzelanie ale i to będzie dobre.
Pomyślał sobie i się uśmiechnął. Chwycił ojca dzieci. Syn szybko zaprotestował.
- Zostaw!
Krzyknął ale otrzymał cios od żołdaka w twarz. Zaś córka się popłakała. nie wiedziała co zrobić. Kapitan podsunął ostrze do szyi ojca i pociągnął nim. Na piasek i ścianę trysnęła posoka. Ciało jeszcze żyjącego ojca osunęło się na kolana. Patrzał już na piasek. Mieszał się z krwią. Jego powieki były coraz to cięższe aż w końcu się zamknęły. Upadł i nigdy nie miał się już podnieść.
- Nie!
Krzyknął chłopiec. Chciał wyrwać żołdakowi serce. Gniew malował się jego twarzy wszystkimi barwami. Gwardzista szybko go chwycił z szyderczym uśmiechem.
Alkarim, spostrzegł że nie udało mu się uratować ojca, chłopca raczej też nie da rady. Może chociaż dziewczynę da radę. Szybko pobiegł przez tłum w stronę dziewczynki. Chłopca właściwie spotkał taki sam los jaki spotkał jego ojca. Szybko przestał się rzucać. Gdy żołnierz podszedł do dziewczynki. Ta zaczęła w panice skakać. Uciekała przed mordercą.
- To nic nie da.
Zaśmiał się kapitan i spojrzał na rozdygotane dziecko. Lecz gdy miał ja chwycić przed oczami pojawił się Alkarim. Rzucił w stronę twarzy kapitana owocem. Ten odskoczył od owocu jakby był to jakiś pocisk czy młotek. Potknął się o mieszkańca który w piasku szukał monet. Wywrócił się.
Alkarim zdziwiony że mu się udało całe przedsięwzięcie szybko chwycił dziewczynę i przerzucił przez ramię. Na koronę pierwszego króla Avalonu zesłał na siebie samo piekło.
- Ej...wracaj...żołnierze....żołnierze...brać go. Natychmiast!
Krzyczał rozwścieczony kapitan. Strzelcy z trudem zbierali się do kupy by gonić Alkarima.
Kupiec jednak szybko niczym pustynny lis zniknął za załomem uliczki. Żołnierze rozglądali się wszędzie gdzie mogli ale nie mogli znaleźć kupca.
- Nie ma go kapitanie.
Powiedział jeden.
- To i ja wiem głupku.
Odparł mu poirytowany niesubordynacją żołnierza kapitan.
- Macie go znaleźć. Przeszukajcie całe miasto. Znajdźcie go. Poszukiwany jest już nie młody. Na dużo pierścieni na rękach. Chyba jest kupcem.
Poinformował kapitan i poszedł z dwójką na wschód a reszta rozdzieliła się na trzyosobowe grupki i przeczesywała zachodnią i północną stronę miasta.
Alakrim odetchnął. Dziewczynka chlipała. Kupiec spojrzał na dziecko. Co ja mam z nią zrobić? Zabiorę ją ze sobą to pewne ale co dalej? Straciła rodzinę nie będzie jej łatwo. Szlag by ich trafił. Obejrzał się tylko za siebie. Rozwiązał krępujące sznury i zniżył się do dziewczynki. Uśmiechnął się.
- Już dobrze. Jak masz na imię?
Zapytał dziewczynkę. Mała osóbka miała oczy pełne zrezygnowania. Kroczyła po krainie szaleństwa. Była na granicy załamania nerwowego. Jednak zdobyła się na krótkie wymamrotanie.
- Dina...
Szepnęła jakby bała się że zwoła tu całą armię króla. Alkarim pogłaskał ja po głowie. Czuł się podle że nie udało mu się w pełni pomóc.
- Choć dziecko zabiorę cię do domu.
Powiedział do niej i wstał. Dziewczynka spojrzała na niego pustym wzrokiem.
- Oni...nie...żyją...prawda?
Zapytała. Kupiec nie przewidział takiego obrotu sprawy. Nie gotował się na taki cios dla swojej psychiki. Przełknął ślinę.
- Niestety tak.
Odparł spuszczając głowę. Dina stała jak zaklęta. Alkarim przestraszył się że straciła rozum, miała być teraz warzywem do końca życia.
Biedne dziecko. Chciało mu się płakać ale nie mógł okazać słabości przy i tak już całkowicie zniszczonym dziecku.
- Dina...choć musimy zniknąć...
Powiedział proszącym tonem do dziewczynki kupiec. Pociągnął ją za rączkę. Dziewczynka przez pociągnięcie jakby wróciła do rzeczywistości przynajmniej z jakiejś mikroskopijnej części.
Szli tak ulicami. Mieli duże szczęście. Nie natrafili na żadnego żołdaka. Szybko wślizgnęli się do domu kupca. Alkarim zaryglował drzwi. Spojrzał na dziecko. biedactwo pomyślał. Stała tak jak zaklęta. Obdarta z uśmiechu z posępnymi myślami stała na środku pokoju.
- Uśiądź, nie będziesz przecież tak stać.
Powiedział życzliwie. Próbował się uśmiechnąć. Teraz mu słabo to wyszło.
Dziewczynka smutno na niego spojrzała.
- Tato...tato...
Powtarzała. Alakrim chciał coś powiedzieć le zamilkł. Nie potrafił się odezwać, nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.
- Tato...
Spojrzała na Alkarima.
-...czemu tak stoisz?
Zapytała. Alkarim był zdruzgotany. Nazwała go ojcem, przynajmniej tak to odebrał. Zaprawdę wielka była trauma tego dziecka. Kupiec pokręcił głową.
- Ale ja...
Chciał powiedzieć że nie jest jej ojcem ale ugryzł się w język. Czemu to pomorze. Może mając go za ojca wróci do poprzedniego życia? Może będzie się uśmiechać?
- Choć tu do mnie Dina.
Powiedział powoli Alkarim. Dziewczynka podbiegła do niego. Spojrzała na twarz kupca.
- Długo cię nie było. Jak twoje zdrowie?
Zapytała. Kupiec się zdziwił jej pytaniem. Pewnie jej ojciec był górnikiem. To by wyjaśniało czemu pyta o jego zdrowie bo choć choroby szerzyły się u wszystkich to górnicy dodatkowo chorowali przez mało sprzyjające warunki pracy.
- Dobrze. Bardzo dobrze.
Odparł szybko kupiec.
- To dobrze. Musisz zmienić zawód tato. Ta praca cię wykończy.
Odparła rozpromieniona. Takiego czegoś nowy ojciec nie widział. wcześniej była prawie jak warzywo a teraz, niczym nie odstępowała od zwykłego dziecka.
- Tak, masz racje. Przerzucę się na kupiectwo.
Powiedział do niej. Ona tylko się zaśmiała.
- Co cię tak śmieszy moja panno?
Zapytał robiąc pretensjonalną monę Alkarim.
- Nie znasz się na kupiectwie.
Powiedziała śmiejąc się. Mężczyzna tylko się uśmiechnął.
- Ale się nauczę. Twój taka nie jest głupi wiesz.
Obruszył się i odwrócił głowę. Zaśmiał się do siebie.
- Oj wiem. Tylko żartuje.
Powiedziała do niego po czym przytuliła się do niego. Alkarim poczuł się nieswojo. Znaczy się nic nie miał przeciwko takim gestom ale ostatni raz ten gest wykonała jego żona wiele lat temu zanim jej nie ścięto za posiadanie głupich naszyjników z srebra. Podobno je ukradła. To było oczywiście kłamstwo ale nikogo to nie obchodziło. Nagłe pociągnięcie za ubranie rozproszyło jego myśli.
- Chyba czas na spanko.
Powiedziała radośnie. Pociągnęła Alkarima za ramię do pokoju który opatrzyła jako swój. Kupiec tylko westchnął. To był właściwe kiedyś pokój jego żony. Obecnie był jednak pusty. Mogła spokojnie go zająć.
Dina szybko wskoczyła na łóżko. Śmiała się.
- Tatusiu co jutro będziemy robić?
Zapytała się zaciekawiona. Kupiec spojrzał na nią.
- Jeszcze zobaczymy.
Odparł potem pocałował ją w czółko.
- No spać.
Powiedział rozkazująco. Dziewczynka przykryła się kołdrą i odwróciła się na bok.
Mężczyzna wyszedł z pokoju i usiadł na krześle w głównym pomieszczeniu.
Postawił sobie butelkę rumu i kieliszek. Było mnóstwo powodów dlaczego dziś chciał się urżnąć na sztywno. Jeden z nich to właśnie ta młoda osóbka w pokoju.
Polał sobie do kieliszka.
- Twoje zdrowie.
Rzucił w stronę pokoju w którym spała już Dina i chlupnął. Była to zaledwie pierwsza kolejka która miała wypełnić całą noc kupca.

Koniec rozdziału 3.

Broń palna - choć wszystko wskazuje na to że obecni tu ludzie żyją w epoce starożytności to pozwoliłem sobie na pojawienie się tutaj karabinów (jednostrzałowych), strzelb, pistoletów. Nie są to jednak zaawansowane zabawki. Można je porównać do pierwszym broni palnych z czasów Corteza, Rewolucji Chińskiej, toteż wynalezienia pierwszych rusznic.

Czasy opowieści - Czasy nie są przeze mnie określane. Epokę też trudno byłoby określić zważywszy na fakt że jest tu broń palna ale i zbroje, miecz i wielobóstwo.
Pią Lip 02, 2010 09:37 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Hadriel
Nowy Użytkownik


Dołączył: 02 Lip 2010
Posty: 22

Post Odpowiedz z cytatem
Avalon

Rozdział 4 "KRUK"


Nad pustynią zaszło już słońce. Czerwony zachód z czasem uległ nocy. Była to zimna noc co Casper i Marik dostatecznie wyczuli. Siedzieli obaj przy ognisku które dawało minimalne dawki ciepła. Casper przybliżył ręce do ogniska. Palce mu tak skostniały że miał problemy ze zginaniem ich w paliczkach.
Marik siedział zamyślony. Ognisko oświetlało jego twarz przez co był choć trochę widoczny wśród mroków nocy.
Casper wielokrotnie chciał zapytać przyjaciela o czym ten myśli jednak obawiał się odpowiedzi. Widocznie ostatnie słowa herszta bandytów nie tylko u niego spowodowały szybsze myślenie nad ich sensem. Z drugiej strony ta cisza dobijała obu.
- Casper myślisz że..
Zaczął Marik przerywając ciszę która szybko powróciła bo przyjaciel przerwał.
- Mariku na prawdę musimy?
Zapytał spokojnie ale i ze znudzeniem. Marik tylko spojrzał na niego.
- Nie rozmawianie o tym nic nie zmieni.
Odparł szybko i wrzucił trochę drewna do ogniska które przygasło. Casper zerknął jak nowa gałązka zajmuje się ogniem. Czuł się jak ta gałązka. Tak jak gałązka pozwala się pożerać przez ogień tak on daje się pochłaniać przez niepewności. Tylko czemu go to obchodzi prawda była taka że Caspra nigdy nic nie obchodziło. On był raczej typem osoby która dba o siebie. Zmieniło się to trochę pod wpływem Marika.
- Może masz rację ale nie mam pomysłu co mógł mieć na myśli.
Odparł Casper który był już lekko znużony i chciał już tylko iść spać. Wiatr wiał targając ich włosy i zasypując ich ubrania piaskiem.
Marik spojrzał na przyjaciela a potem zerknął na pustynię. Zaczęło się robić niebezpiecznie. Pustynia nocą potrafiła być bardziej zdradziecka niż za dnia.
- Dobra. Odłóżmy ten temat na inną okazję. Teraz musimy iść już spać.
Odparł Marik i ułożył się na boku twarzą do ogniska. Czuł miłe uczucie ciepła bijącego od płomienia.
Casper przez chwilkę patrzył się w płomień jakby zobaczył w nim tańczące ogniki. Długo się tak wpatrywał by później oprzytomnieć i oderwać wzrok od ognia.
Ułożył się blisko ogniska. Zasnął szybko jednak był uważny by nic nie przeszkodziło mu we śnie.

--------------------------------------------------------------------------------

Ranek powitał dwójkę ciepłem. Ognisko już dawno zgasło więc o nie nie musieli się martwić.
Pierwszy wstał Casper. Było to dziwne bo zazwyczaj młodzik lubił sobie pospać. W tym czasie Marik najczęściej zaopatrzał ich w jedzenie, wodę i czekał na Caspra a tym razem został mile zaskoczony.
- Już wstałeś
Zapytał Marik przyjaciela. Casper tylko zerknął na niego i kiwnął głową. Wstał z piasku Marik zrobił to samo otrzepując się z denerwujących wchodzących wszędzie drobinek.
Zerknął na chłopaka. Był lekko nim zaniepokojony ale postanowił nie pokazywać tego.
- Czas nam ruszać. Do Avalonu spora droga.
Powiedział do niego Marik. Casper na słowo Avalon jakby został popieszczony prądem.
- Avalon...idziemy do miasta światła?
Zapytał nie mogąc w to uwierzyć. Casper chciał udać się do Avalonu ale to było dawno temu. Zawsze go tam ciągnęło coś mu mówiło że to jego cel życia, może nawet jego dom? Jednak nigdy nie odważył się tam pójść.
Plotki głosiły że Avalon z miasta światła zachował jedynie nazwę. Nie śpiewają tam już chóry anielskie ani nie widuje się pięknych zjawisk nadprzyrodzonych. To wszystko sprawiło jednak że bardziej chce zobaczyć co się tam wydarzyło że jest jak jest.
Młodzik zarzucił na siebie torbę i zaczął iść za przyjacielem. Mijali wiele podobnych do siebie terenów. Wszędzie były tylko wydmy i wydmy aż dziw że Marik się nie gubił w tym sklonowanym świecie. Oczywiście były też grobowce które zawsze przykuwały uwagę Caspra który zawsze próbował zboczyć z kursu byle tylko coś ukraść ze środka albo chociaż pozwiedzać. Marik jednak zawsze go stopował. Nie było bowiem czasu na eskapady po grobowcach pełnych szczurów, stęchlizny i bóg wie czego.
Szli obaj nie odzywali się dużo do siebie podczas podroży. Jednak dłuższa wedrówka w takich warunkach była nie do zniesienia więc Casper najczęściej coś zaczynał mówić.
Nie inaczej było i tym razem.
- Marik wiesz co mam pytanie.
Zaczął. Jego przyjaciel tylko westchnął i zerknął za siebie. Widać było na jego twarzy zmęczenie tym ciągłym chodzeniem. Żeby jeszcze mieli jakiegoś wielbłąda czy nawet konia. Jednak to była rzadkość. Tylko wielcy panowie mogli sobie pozwalać na takie luksusy jak wielbłądy, konie i inne juczne zwierzęta. Marik był jednak nie za bardzo bogaty. Jego fach nie pozwalał mu już dziś zarobić bo całkowicie zmienił swoje nastawienie do jego wykonania a Casper...ten nigdy nie miał złota. Młodzik niestety nigdy nie nauczył się oszczędzać. Wszystko od razu przepijał albo gubił. Tak miał talent do gubienia pieniędzy. Swoje straty jednak nadrabiał plądrowaniem grobowców co często równało się z problemami. A jeśli miał problemy on to i miał je jego przyjaciel. Z początku Marik nie znosił jego wybryków. Klął nawet że chyba sam Myzlef pomylił się dając jego przodków na świat. Z czasem jednak przyzwyczaił się i nawet to polubił. Wyrywało to go z rutyny zwykłego życia.
- Jakież to masz pytanie.
Powiedział do niego zmęczonym głosem. Casper tylko się uśmiechnął.
- Nigdy cię o to nie pytałem bo jakoś nie przychodziło mi to do głowy ale...kiedy zobaczyłem jak zabiłeś tego gościa...
Casper mówił dość zawile jakby chciał zadać pytanie ale nie mógł bo za chwilkę miałaby go trafić pięść Marika za samo to że się odezwał. Marik jednak tylko uśmiechnął się kącikiem ust i powiedział spokojnie.
- No zadaj w końcu pytanie.
Spokój w jakim to powiedział pozwolił Casperowi na uwierzenie w siebie.
- Jak to zrobiłeś? To było niesamowite.
Powiedział do niego i nie było to kłamstwo. Wejście na drzewo i zabicie kogoś takiego wyglądało na jedną z technik assasynów z dalekiego wschodu. Mówiono o nich że razem z Nekromantami wyznają tego samego boga Essiala. Jednak każdy na inne sposoby.
Nekromanci podobno używają jego nieograniczonej wiedzy a assasyni uczą się od niego zaawansowanej sztuki medycyny i anatomii by zabijać z największą skutecznością. Obcowanie z Essialem bogiem śmierci miało również swoje złe strony. Zbyt długie oddanie się jego nauką paczyło umysły i wprawiało w obłęd. Marik jednak nie wydawał się taki no i był ubrany na biało a wszyscy assasyni byli raczej ubierani na czarno by nie być rozpoznawalnymi w nocy.
Marik zerknął na Caspra potem się zaśmiał.
- Jestem assasynem. Dawno temu przynajmniej nim byłem.
Odparł do niego i szedł dalej. Casper podbiegł do niego i spojrzał na niego.
- Assasynem?! Jednym z cichych zabójców? Obcujących z nożami?
Zapytał podekscytowany. Nie wierzył że zna assasyna. Byli to ludzie wyjątkowo niebezpieczni jako przyjaciele i jako wrogowie.
Marik się tylko uśmiechnął. Usłyszał przydomek wszystkich assasynów. "Obcujący z nożami" było przydomkiem nadynym assasynom podczas ich walki w Kazaradzie ich dawnej twierdzy wysuniętej daleko na wschód. Stała ona blisko terenów wrogich sobie królestw. Obaj władcy próbowali zwyciężyć w walce o ta fortecę. Jednak dobre usytuowanie całkowicie eliminowało atak zmasowaną falą na mury zamku. Żadna armia nie zdobyła jej choć jej obrońcy bronili się tylko nożami. Choć twierdza przetrwała to jednak nie umiała ochronić się przed największą armią. Własnym zepsuciem. Jeden po drugim z assasynów zaczął tracić rozum zbyt długo przybywając w pobliżu Essiela aż w końcu zaczęły się eskapady na pobliskie miasta. Kradzieże, pobicia aż w końcu mordy i gwałty zbulwersowały boga słońca. W swoim majestacie zszedł na ziemię i zrównał fortecę z ziemią. Jednak mimo starań nie udało mu się wyplewić wiedzy assasynów i zakon znów się odrodził. Niby mądrzejszy ale znów chodziły słuchy że są nadal fanatycy.
- Tak owszem przyjacielu. Jestem assasynem ale wyrwałem się z pod wpływu Essiela.
Odparł do Capsra, Marik.
Casper zrobił tylko wielkie oczy.
- A co z innymi. Przecież na pewno cię ścigają. Co zrobisz?
Zapytał szybko. Wszak wiadomym było że assasynem zostawało się do końca życia a próba odejścia traktowana jak dezercja równała się z wyrokiem śmierci.
- To nie ważne. Zabije każdego który tu przybędzie po mnie. Wiesz kiedyś byłem dobry na prawdę dobry. Nie to co teraz, o nie.
Odparł do niego assasyn. Casper jednak nie chciał słuchać o tym jaki był kiedyś. Dla niego był kimś, zawsze podziwiał to jak sobie dawał radę w trudnych okolicznościach. głośno owszem tego nie mówił ale Marik był dla niego wzorem.
Szli dalej do czasu aż do uszu obojga nie doszły krzyki. Był to bełkot bo nic nie rozumieli ale słychać było że ktoś krzyczy. Obaj w tej samej sekundzie padli na piasek i zaczęli się rozglądać.
- Tam!
Niemal od razu krzyknął Casper. Marik tylko zerknął co młodość to młodość. Prze chwilkę zazdrościł przyjacielowi jego wzroku jak u sokoła jednak potem zaczął szybko kalkulować sytuacje. Widać było kilku rosłych mężczyzn. Trudno było poznać co mieli za rodzaj broni ale na pewno były to bronie jednoręczne choć jeden miał też dwuręczną. Odziani byli bardzo dziwnie. W niebieskie łachy a na nie mieli włożone lekkie zbroje zrobione z wysuszonej i utwardzonej skóry. Kogoś gonili. Kogoś drobnego, miało długie włosy. Zapewne była to jakaś kobieta. Może to rabusie albo jacyś inni bandyci. Pustynia była niebezpieczna dla kogoś kto jej nie znał.
- Musimy pomóc Mariku.
Powiedział szybko Casper i zerwał się do biegu. Assasyn jednak szybko położył go znów na piasku.
- Czekaj głupi. Nie mamy planu. Chcesz wparować między czterech gości i co dalej. A jak jest ich więcej?
Zapytał lekko zdenerwowany i poirytowany jego lekkomyślnością. Casper jednak nie miał zamiaru się przyglądać jak stado śliniących się głupków goni kogoś bezbronnego. A zwłaszcza jeśli była to kobieta. Wyrwał się i pobiegł czym prędzej na spotkanie z gagatkami. Marik tylko walnął pięścią w pustynię.
- Ten to w gorącej wodzie...
Syknął i wstał pobiegł za nim.
Dziewczyna szybko biegła. Jednak nie była niezniszczalna. Z każdym krokiem jej nogi głębiej i głębiej zapadały się w piasek. W pewnym momencie źle stanęła i poczuła tępy ból w okolicach kostki. Upadła. Dranie już ją mają. Czołgała się jeszcze zagarniając piasek jakby próbowała się na niem wspinać. Na nic się to jednak zdało. Szybko została dopadnięta i przygwożdżona do ciepłego wręcz parzącego piasku.
- Memy sukę!
Powiedział jeden z nich. Reszt była jeszcze trochę za nim gdy nagle się zatrzymali. Zauważyli bowiem młodego mężczyznę który celuje w głowę ich kumplowi.
- Odejdź od niej.
Powiedział ostrzegawczo. Miał dostatecznie stanowczy głos by napastnik posłuchał. Odsunął się. Schował się za swoich kumpli.
Marik szybko stanął przed dziewczyną.
- Bierz ją i zabieramy się stąd. O reszcie pogadamy później.
Powiedział do przyjaciela. Sam dobył miecza. Casper szybko pomógł wstać dziewczynie. Była nienagannej urody. O pięknej opalonej cerze, niebieskich oczach i czarnych włosach. Na sobie miała poszarpaną tunikę koloru zielonkawego z wydartym miejscem pod biustem. Szyje zdobiły jakieś wisiorki a na rękach miała bransoletki i pierścienie na placach.
Ciało tez gdzieniegdzie zdobiły tatuaże.
Z grupy czteroosobowej wystąpił dość wysoki mężczyzna o lekkim zaroście. Włosy miał blond. U boku miecz jednoręczny a na plecach tarczę.
- Spokojnie nie szukamy sprzeczki.
Powiedział wystawiając ręce w uspokajający gest. Spojrzał na dziewczynę potem na młodzieniaszka i na końcu na assasyna.
- Dajcie nam tylko dziewczynę. To wszystko czego chcemy.
Dodał i opuścił ręce. Trzeba będzie ich zabić jeżeli mi jej nie oddadzą. Moja sakiewka też potrzebuje się zapełnić.
- Proszę nie dawajcie mnie w ich ręce.
Powiedziała błagalnie dziewczyna. Była wystraszona. Czyżby się ich bała. Dlaczego?
- Szefie po co mamy się z nimi targować po prostu ich zabijmy a suka trafi tam gdzie trzeba.
Powiedział najniższy z całej czwórki. Choć pewnie nie był najmniejszym zagrożeniem zważywszy na fakt iż miał dwuręczny topór na plecach i jeden pistolet przy prawym boku.
Casper jednak nie miał zamiaru przejmować się jego grubiańskim językiem.
Wycelował jeden pistolet w niskiego.
- Spróbuj gnomie.
Rzucił ze złością. Bezczelny typ. Marik zerknął na przyjaciela.
- Ej spasuj to nie ty stoisz między nimi a toba tylko ja.
Powiedział do niego i zaczął szybko wymyślać co ty robić. Ucieczka z dziewczyną która miała skręconą kostkę raczej nie wchodzi w grę bo za daleko nie pójdą.
- Dobra..dlaczego wam tak na niej zależy?
Zapytał szybko by jakoś zabić ciszę.
Mężczyzna który poprzednio ich uspokajał znów zabrał głos.
- To nekromanta. Kapłani Neki za takie sporo płacą.
Odpowiedział spokojnie na jego pytanie.
Marik już wszystko rozumiał. Neki bogini mądrości i czystej magii nie znosiła Essiela i jego wybryków w postaci nekromantów. Tolerowała jeszcze assasynów ale nie wynaturzenia "magów śmierci". Dlatego tez rozkazywała swoim kapłanom śledzić i eliminować nekromantów. Ci musieli być najemnikami którzy mieli ładnie zarobić za jej głowę.
- Jakie jest twoje imię?
Zapytał się assasyn. Najemnik tylko się uśmiechnął.
- Zdradzę ci imię pod jednym warunkiem. Oddaj nam dziewczynę. Ty i tak nic z nią nie zrobisz.
Odparł sprawnie i szybko. Casper poderwał się z kolan.
- Nie ma takiej możliwości. Spadajcie stąd bo was pozabijam.
Odparł szybko był przesączony gniewem na nich.
Marik zaczął się denerwować sytuacją. Nie dość że ich było dwóch a tamtych czterech to jeszcze genialnie dobrane słowa Caspra nie uspokajały nikogo.
- Dobra...zabierajcie ją.
Powiedział nagle Marik. Casper tylko spojrzał na przyjaciela z pełnymi wyrzutem oczami.
- Że co...oddasz ją im. Tym gnojkom.
Powiedział z niedowierzaniem. Marik odwrócił się by na niego spojrzeć.
- Mamy wybór? Nie mnie szukają. A ja nie zamierzam nadstawiać za nikogo karku.
Powiedział i schował broń. Stał tak jak kamienna rzeźba. Wpatrzony bezdusznymi oczami w Caspra i bezbronna dziewczynę. Choć to nekromantka więc nie była też taka bezbronna.
Młodzik spojrzał na dziewczynę i potem na Marika.
- Nie zamierzasz?! Ale ja zamierzam!
Krzyknął i wycelował w assasyna. Nie sądził że kiedykolwiek to zrobi. Przyjaciel go zdradza.
Wystawił go, jednym ruchem zniszczył swój obraz w jego oczach. Zdradził go!
- więc jak masz na imię?
Zapytał ponownie Marik najemnika.
- Jestem Hass. To jest Salbir, Mafak i Harfir.
Powiedział do assasyna. Marik odsunął się od nich schodząc im z drogi. Salbir szybko strzelił z pistoletu w rękę Caspra która trzymała broń. Nie zranił go ale siła pocisku była wystarczająca by ten puścił swój pistolet.
Mafak i Harfir zaczęli się przybliżać do dziewczyny by ją pochwycić. Minęli już Marika i szli dalej. Ten tylko zmierzył ich spojrzeniem. Szybko zaczął kalkulować sytuację.
Krasnal wystrzelił kulę więc jego bron jest pusta. Zerknął na jego opancerzenie. Słaby punkt...szyja. Dobrze, bardzo dobrze. Ci dwaj...raczej nie są problemem.
Dwaj najemnicy wyrwali dziewczynę z rąk Caspra i zaczęli ją targać w stronę Hassa. Nie zdążyli do niego dojść. Marik szybko pojawił się przed nimi i przebił im oczodoły swoimi ostrzami z karwaszów. Najemnicy zaczęli się trząść i potem padli przy ciele przestraszonej dziewczyny. Casper szybko ja ochronił sobą. Zerknął tylko na Marika. Bił siebie w myślach że mógł w niego zwątpić.
- Skurwiel!
Krzyknął Salbir i chwycił za topór. Marik jednak szybko wyciągnął sztylet i rzucił w jego szyję. Niski najemnik złapał się za szyję a po chwili padł na kolana i wyrżnął twarzą w piasek.
Hass był chyba zaskoczony bo rozglądał się tylko w około. Wszyscy zginęli.
- Ale...jak...
Mówił bardzo zdziwiony. Zerknął gniewnym spojrzeniem na assasyna.
- Jak śmiałeś. Moi przyjaciele zabiłeś ich...ty draniu!
Rzucił do niego i zaczął biec w jego stronę z krzykiem na ustach. Nagle jednak coś uderzyło dowódcę najemników w brzuch. Odleciał na małą odległość. Obaj Marik i Casper spojrzeli skąd mógł dochodzić pocisk.
Nieznajoma wyciągnęła rękę która zawisła w powietrzu. To pewnie była jej magia.
Najemnik sparaliżowany sytuacją dźwignął się na łokcie i spojrzał na nekromantkę.
Diabelskie nasienie Essiela śmiało go uderzyć nieczysta mocą. Dotknąć go nawet jeśli nie fizycznie swym obleśnym czarem. Jego twarz wykręcił grymas złości. Chciał wstać ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
Marik podszedł do Hassa.
- Najemniku...przyłącz się do nas.
Rzucił krótko. Zarówno Hass, Casper i dziewczyna nie mogli ukryć zdziwienia.
- Jak to.
Podnieśli chórem Casper i nekromantka. Dziewczyna patrzała z niedowierzaniem na assasyna. Ten brudny, śmierdzący najemnik od parszywych kapłanów świątobliwej Neki chciał ją im dostarczyć i na końcu pewnie by ją zabili a on proponuje mu przyjaźń. Nie dowiary.
Casper też nie rozumiał jego posunięć.
Hass tylko się zaśmiał.
- Powiedz mi, czy to ma sens. Wiesz że mam za zadanie ją dopaść. Mają mnie w grupie nie unikniesz tego.
Odparł do Marika uśmiechając się. Cała ta sytuacja go bawiła jednak miał okazje być blisko swojej zdobyczy. Czemu miałby nie skorzystać.
- Po za tym ty również jesteś wrogiem. Zabiłeś moich chłopców niestety nie mogę ci tego wybaczyć.
Dodał wspominając jeszcze świeże wspomnienia o tym jak Marik zamordował jego przyjaciół na jego oczach.
Marik tylko spojrzał na Hassa. Stał niewzruszony.
- Wiem że stąpam po kruchym lodzie. Jednak biorę cię do drużyny nie po to by dać ci szansę na zysk a po to byś przeżył. Uwierz mi kapłani Neki są fanatykami. Zabiją cię gdy tylko dostarczysz im dziewczynę.
Odparł mu na to pytanie Marik i ciągnął dalej.
- A na mnie możesz się mścić.
Dodał ostatecznie. Potem tylko chwycił za swoje zapasy. Podszedł do przyjaciela i pomógł mu wstać, następnie razem podeszli do dziewczyny i podnieśli ją z piasku.
- Jak ci na imię?
Zapytał Casper piękną wyznawczynię Essiela.
- Lea.
Odparła krótko i obrzuciła nienawistnym spojrzeniem Hassa.
Najemnik jednak zignorował to. Wstał z piasku poprawił ubranie i zabrał niezbędne rzeczy.
- Znasz drogę do najbliższego miasta?
Zapytał go Marik. Mężczyzna chwilkę się zastanowił.
- Owszem. Znam. Podróżuje już długo tymi szlakami szukając takich jak ta dziewczyna.
Odparł spokojnie i pościł dziewczynie jadowity wręcz kąśliwy uśmiech.
Lea się obruszyła jednak nie skomentowała buractwa najemnika. Te typy tak mieli. Chamy i nic więcej.
- Dobrze więc. Będziesz prowadzić.
Powiedział do niego Marik.
- Ja pójdę drugi Capser z Leą będą ostatni. Gdy dojdziemy do miasta opatrzymy nogę.
Powiedział spokojnie po czym wszyscy na tyle zgodnie na ile umieli poszli za Hassem.


---------------------------------------------------------------------


Od starcia na pustyni minęło już kilka godzin. Świerze jeszcze ciała poległych najemników gniły na pustynnym słońcu. Rozrywane na kawałki przez sępy. Bezlitośnie szatkowane i kłóte ich dziobami. Nagle odleciały jakby mięso straciło smak. Jakby splamiła je mordercza chorobą a sępy instynktownie ją wyczuły.
Zamiast tego pojawił się kruk. Wielki z czarnym masywnym dziobem gotowym wbijać się niemiłosiernie w czaszkę. Widać było obłęd w oczach.
- Jedzcie moi drodzy jedzcie.
Odezwał się dość gruby głos. Na bank męski. Ubrany na czarno odkrywał tylko mała część twarzy w tym jedno oko. Było niepokojąco spokojne. Spokój właściwie igrał w nim z obłędem i szaleństwem.
Kruki zakrakały i wzniosły się ku niebu. Fruwały nad ciałami poległych. Potem zapikowały. Dzioby jak brzytwy w oka mgnieniu sznytowały ciała.
Mężczyzna się tylko uśmiechnął złowieszczo i wstał. Zaczął iść na południe. Prowadzony przez ptaki. Ciągnął za sobą niewidzialny aczkolwiek wyczuwalny zapach zgnilizny.

Koniec rozdziału 4

Essiel - bóg śmierci i opiekun assasynów oraz nekromantów. Dał ludziom czarną magię co poskutkowało zamieszaniami w świecie śmiertelników. Uczy też swoich wybranych medycyny, anatomii i przekazuje im swoją nieograniczoną wiedzę. Zbyt długie nauki jednak doprowadzają do szaleństwa i utraty zmysłów. Ma nie najlepsze stosunki ze swoją niedawną żoną, boginią Neki. Zajmuj jeden z czterech tronów.

Neki - bogini mądrości i białej magii. Jest można powiedzieć przeciwieństwem Essiela. Za wszelką cenę próbuje wyplewić z ziemi jego złe nasienie w postaci nekromantów. Legenda głosi że Essiel i Neki byli kiedyś parą ale kiedy jej mąż dopełnił się haniebnego czynu stworzenia czarnej magii Neki odeszła od niego i wypowiedziała mu wojnę. Patronuje kapłanom którzy jej służą. Również jak Essiel zajmuje jeden z czterech tronów.

Kazarad - dawna forteca assasynów na dalekim wschodzie. Nazywana przez pokonane królestwa Aramel Aurin czyli niezdobytą fortecą. Wiele krajów zrzuciło na nią swoje siły ale żadne nie mogły jej zdobyć. Tutaj też szkolono assasynów. Z czasem jednak moce Essiela tak ich zdeprawowały że Ratardam dzięki namowom Neki w świętym gniewie zrównał fortecę z ziemią.

Assasyn - przez wielu nazywany skrytobójcą co nie zawsze jest zgodne z prawdą. Assasyni mają bowiem swój kodeks honorowy. Nie zabijają bezbronnych oraz pomagają potrzebującym. Choć ostatnio zasady te mocno się wytarły. Jest jednym z wyznawców Essiela boga śmierci. Wprawny assasyn to maszyna do zabijania. Ubierają się na czarno co pozwala im znikać w nocy. Wyjątkiem jest Marik który nosi białe szaty.

Nekromanci - często nazywani "magami śmierci". Jest dość trafne określenie. Nekromanci studiują całą wiedzę Essiela. Są tym tak pochłonięci że niewielu opamiętuje się i pozostaje przy zdrowych zmysłach. Zgłębili tajemnicę długowieczności oraz kontroli nad nieumarłymi i przeklinaniu wrogów.

Imiona - imiona czy to bogów, miejsc czy też ludzi wymyślam albo sam albo przy użyciu programów. Staram się by zachowywały typowo persko - arabski klimat. W skrócie klimat wschodu.
Pią Lip 02, 2010 09:38 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Cronos
Administrator


Dołączył: 01 Lip 2010
Posty: 61

Post Odpowiedz z cytatem
Przeczytałem na razie 1 część, bardzo mi się podobała, mimo że jest w niej dużo dialogów. Gdy będę miał czas na 100 % przeczytam następne.
8\10 !
Pią Lip 02, 2010 09:44 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
johnyspringer
Świeżak


Dołączył: 13 Maj 2020
Posty: 5

Post Odpowiedz z cytatem
Polecam specjalistów z http://stomatolog-platinum.pl/implanty-zebow. Bardzo miła obsługa, na pewno tam wrócę.
Nie Sie 16, 2020 20:12 Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Reklama







Nie Sie 16, 2020 20:12
Wyświetl posty z ostatnich:    
Odpowiedz do tematu    Forum Wyspa Khorinis Strona Główna » Nasza Twórczość Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do: 
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

Wyspa Khorinis  

To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group
Design by Freestyle XL / Flowers Online